Hades Jazz Festiwal
Grzegorz Jozefczuk
05-12-2004
Tlum szturmował w niedziele salę koncertowa Hadesu, starajac się wedrzec na koncert Tomasza Stańki. Lecz wydarzeniem byl koncert dnia poprzedniego - weteranow jazzu tradycyjnego, czyli zespolu Jazz Band Ball Orchestra z Krakowa. Zderzenie jazzu tradycyjnego z jazzem nowoczesnym, wyrafinowanym i inteligenckim, jaki uprawia Tomasz Stanko, było strzalem w dziesiatke.
Dla lubelskiej publicznosci jazzowej, w znacznej częsci wychowanej przez Hades - bo tylko Hades organizuje w Lublinie systematyczne festiwale jazzowe, zaproszenie Jazz Band Ball Orchestra oznaczało coś nowego. Wprawdzie to wyjadacze, założony i wciaz kierowany przez trebacza Jana Kudyka zespoł istnieje ponad 40 lat i nagrał wiele plyt, lecz w Lublinie grywal bardzo rzadko, a w Hadesie chyba w ogole. Zagrali znakomicie, robiac z koncertu wycieczkę po stylach i standardach jazzowych. Czysty dzwiek, swoboda w graniu i improwizacjach oraz niewymuszona radosc z muzykowania sprawily, że publicznosc sluchala prostych przeciez standardow z poczuciem uwielbienia. Muzycy z Krakowa pokazali tez "cyrk muzyczny", zabawy, ktore - jak powiedzieli - bardzo rajcują publicznosc amerykanską, np. spiewali i tanczyli niczym szansonistki, podrzucali kolegom fałszywe dzwieki, a puzonista grał przy pomocy... smyczka. Zdawało się, że z jazzem mogą zrobic wszystko. Lider Jan Kudyk spiewał niczym sam Satchmo, a koledzy opowiadali, jak to kiedys w Pradze Kudyk poznal Armstronga..
Cesarea Swing Party 2005
This must have been the first OKOM festival in Israel!
True, there is Jazz at the Red Sea in Eilat, but it hardly features any traditional jazz (that includes “swing”.
Caesarea, however, was a different proposition…………
Each day there were two concerts of about an hour and a half, starting 8:30 PM;…………………
The Jazz Band Ball really gave a very good performance (which should not surprise those who regularly attend Sacramento). Their program was varied, and included traditional and swing standards, such as Muskrat Ramble (a very good arrangement, giving the old warhorse a new angle), Lady Be Good (introduced as Ladies…), Flat Foot Flooggie, a Hebrew song (Hava Nagila), a Polish song. It was the Westcoasting Jim Leigh who first alerted me to the excellence of the trombonist Marek Michalak’s playing. He was indeed outstanding, as was the pianist Wojtek Groborz (I’m not mentioning all the names, as most, including those mentioned, are unpronounceable for foreigners)Luckily, they have already promised another festival next year
by Leslie Johnson. Mississippi Rag'
Jesień z Bluesem
A potem na scenę weszły anioły......Co prawda anioły są podobno bezpłciowe te jednak miały płeć i to w zdecydowanej liczbie tę piękniejszą
Opole Gospel Choir - chór aniołów przyobleczony w białe szaty w repertuarze gospel. Kilkunastu młodych ludzi czyli - młodość, radość, witalność, muzykalność - z każdym kolejnym utworem czułem jakbym zmierzał schodami prosto do nieba. Niebywałe zjawisko. Ta anielska muzyka przyciągnęła nawet tych widzów zasiadających do tej pory w "piwnych-kuluarach"
Aż szkoda, że zaśpiewali tylko kilka utworów gdyż mieli stanowić tło dla gwiazdy wieczoru czyli Harriet Lewis i Jazz Band Ball Orchestra - absolutna gwiazda wieczoru
Porywający finał "Jesieni z bluesem". Repertuar jazzowy, sporo utworów znanych z wykonania Raya Charlesa (m.in. "Hit the road Jack", "Georgia") czy też Billy Holliday. Harriet okazała się równie dobrą showmanką jak jest wokalistką. Zjednała sobie serca całej sali
Podsumowując - dwa dni wypełnione wspaniałą, różnorodną muzyką. Aż szkoda, że następna możliwość usłyszenia ciekawej bluesowej muzyki zdarzy się zapewne dopiero za rok
KULTURA: Niezwykła Harriet
Takie koncerty zdarzają się raz na kilkanaście lat, a nawet rzadziej. W niedzielę w Kawiarni Artystycznej Hades z krakowską formacją Jazz Band Ball Orchestra zaśpiewała Harriet Lewis i był to bezwzględnie najlepszy występ wokalistki jazzowej w długiej już przecież historii bardzo zasłużonego dla propagowania muzyki synkopowanej klubu. Żywiołowa, spontaniczna, niezwykle kontaktowa Amerykanka zjednała sobie publiczność już od pierwszego utworu, słynnego ,,Sweet Home Chicago”, znanego z filmu ,,Blues Brothers”. A później – także dzięki pysznym opowieściom, chociażby o Rayu Charlsie – rozgrzała publiczność do czerwoności i tego, co się działo w Hadesie, nie są w stanie oddać słowa. Interpretacje Lewis, chociażby jej wersja ,,Yesterday” Beatlesów, dowiodły, że słusznie jest nazywana ,,legend in her own time’’. Cudem tego wieczoru była też współpraca wokalistki z muzykami JBBO, jej dialogowanie z trąbką i śpiewem Jana Kudyka, puzonem Marka Michalaka, saksofonem Jacka Mazura, fortepianem Wojtka Groborza, kontrabasem Teofila Lisieckiego i – poprzez stepowanie artystki! – perkusją Wiesława Jamioła. Wszyscy razem – zespół i solistka – wydają się stworzeni dla siebie. Ale nie dziwmy się, JBBO ma w USA swój fan club. Czuje jazz równie wspaniale jak cudowna Harriet.
Andrzej Molik
Kurier Lubelski 21 lutego 2006
zapraszam na reportaż z koncertu w Sandomierskim LAPIDARIUM
http://leszeg.glt.pl/ folder REPORTAŻ
a to co napisał o koncercie po koncercie
"dawno nie miałem takiej uczty dla ucha,az nie mogłem sie skupic na foceniu"
Kurier z 19.02.2007 KULTURA: Lady Show Czarnoskóra Harriet Lewis wspierana przez Jazz Band Ball Orchestrę w czasie sobotniego koncertu w Kawiarni Artystycznej Hades doprowadziła stłoczoną publiczność do stanu wrzenia. Jest wspaniałą wokalistką, operującą ogromną gamą środków, od słodkiego piano do zagarniającego wszystkich crescendo, gdzie natężenie niezwykłej dynamiki osiąga różnobarwną wokalizą, mieszaną z łkaniem, wybuchem fraz i jakże naturalnym, zaraźliwym śmiechem o tubalnym brzmieniu. Ale jest Harriet przede wszystkim mistrzynią show w najlepszym amerykańskim stylu. Śpiewając „Georgia always on my mind” Raya Charlesa, rzuca mimochodem uwagę, że on musiał się znać na kobietach, bo miał 11 dzieci i był „bardzo zajętym człowiekiem”. Kiedy mówi o swych muzycznych korzeniach, wspomina wielkie damy jazzu, z których czerpała wzór – Bessie Smith i Billy Holiday. Wykonując ich przeboje, Harriet naśladuje charakterystyczne zachowania słynnych poprzedniczek, pokazując, jak pierwsza zniewalała słuchaczy przeciągłym wzrokiem, a druga wprowadzała w trans żywiołową gestykulacją. I mamy nieprzeparte wrażenie, że na hadesowej estradzie stanęły te wielkie mistrzynie! Podobnie jak idolka nr 1 – Tina Turner, o której Harriet Lewis mówi, że jest jej absolutnie ulubioną artystką, bo jest silna, ale przy tym bardzo delikatna i niebywale seksowna. Gdyby nie fakt, że to dla Tiny zarezerwowane jest określenie Babcia Dynamit, o Lady Show z sobotniego koncertu też można by tak powiedzieć. Mama dwójki dzieci i babcia trójki wnuków jest wciąż zabójczo sexy, a jej żywiołowość ma siłę wulkanu. Andrzej Molik
Wacław Krupiński Dźwięki Krakowa: Jan KUDYK Trąbka nabija rytm – Moje bycie liderem zespołu sprowadza się to do tego, że wybieram program koncertu i nabijam tempo. Reszta spraw jest rozstrzygana zespołowo, aranżujemy utwory też wspólnie albo robi to Wojtek Groborz – mówi Jan Kudyk, 65-latek, stojący na czele Jazz Band Ball Orchestra, jedyny muzyk, który w tym obchodzącym właśnie 45-lecie zespole gra od początku. Spotkali się w krakowskim Liceum im. Sobieskiego; w jednej klasie byli Kudyk i Zbigniew Raj, w sąsiedniej - Jan Boba. Spotykali się w kilku w mieszkaniu mamy Kudyka przy Pawiej, gdzie było pianino, bo on od dziecka grał na fortepianie i to z powodzeniem. Tyle że usłyszał pierwsze koncerty jazzowe, m.in. Melomanów, i urzekły go dźwięki trąbki. W średniej muzycznej już była jego instrumentem wiodącym; a uczył go, podobnie jak Stańkę, a i Bobę, prof. legendarny Ludwik Lutak... „Nie śmieć!” zwykł mawiać, gdy wypadła komuś rurka z trąbki. Grywali też wtedy rozmaite chałtury, czyli fajfy – w rozmaitych składach, z nimi m.in. znani po latach jazzmani Janusz Muniak, Mieczysław Kosz, a i późniejszy rektor Akademii Muzycznej, Marek Stachowski. - Świetnie grał – wspomina Kudyk. Sam, będąc pilnym uczniem (- A nawet kujonem, można powiedzieć...) chodził do dyrektora, gdy ten miał pretensje o te występy, zwłaszcza uczniów mających kiepskie oceny. Grywali w MDK-u, w Liceum Plastycznym, i w ogóle gdzie się dało. W weekend - i kilka imprez. W repertuarze standardy jazzowe, Gershwin... Dostępu do nut nie było, pisało się je słuchając audycji Willisa Conovera, albo płyt po domach; ktoś dostawał z zagranicy, to zapraszał kolegów. I stopniowo wyłonił się Jazz Band Ball. Debiutował jesienią 1962 roku na Zaduszkach Jazowych. Nazwę wzięli z utworu „At The Jazz Band Ball” z płyty Bix Beiderbecke`a. Zaczęli w ośmiu. Jan Boba – pianista, Andrzej Czernicki –perkusja, Andrzej Dutkiewicz – kontrabas, Zdzisław Garlej – puzon, Leszek Jarmuła – banjo, Jan Kudyk - trąbka, Ryszard Kwaśniewski – klarnet, Artur Mazurkowski – tuba. Wytrwali w tym składzie dwa miesiące. Szybko pojawiły się sukcesy – nagrody – w tym I na Jazzie nad Odrą w 1964 roku, nagrania radiowe, wyjazdy – do NRD, ale i Austrii, występy na warszawskim Jazz Jamboree, miesięczny pobyt w Dubrowniku, gdzie spotkali się studenci z wielu krajów. Oni też w większości byli studentami – Wyższej Szkoły Muzycznej lub UJ; Kudyk - geografii. Opis ich pierwszych dokonań można znaleźć w tekście Józefa Balceraka, naczelnego „Jazzu”, który na nagranej w 1965 r. dla „Polskich Nagrań” płycie z serii „Polish Jazz” odnotował m.in. opinię z pisma wydawanego przez New Orleans Jazz Club: „Jazz Band Ball z Krakowa gra tradycyjną muzykę Nowego Orleanu w jej najlepszym wydaniu”. Jednakże na płycie, zatytułowanej „Raj na plaży”, znalazły się wyłącznie kompozycje członów zespołu, głównie Zbigniewa Raja. - Utworów amerykańskich nie pozwolono nam nagrać – mówi Kudyk. Sam podpisał, wspólnie z Bobą i klarnecistą Zygmuntem Góreckim, kompozycję - „Ixi zamiast dixi”. Pisanie muzyki mało go interesowało, i wtedy, i później, gdy już po geografii skończył studia muzyczne. Wspólnie z Wiesławem Dymnym stworzyli piosenkę dla blisko z Kudykiem spokrewnionej Ewy Demarczyk (- Ale jej się nie spodobała, może dlatego, że była w szybkim tempie, na 12/8...), sam - trzy piosenki dla zespołu Szwagry. Niewiele. Bo istotny był jazz. Amerykański. Odrzucił zatem Kudyk, już jako trębacz z dyplomem, ofertę pracy w Radiowej Orkiestrze Symfonicznej. A i pieniądze dawał jazz większe. Acz nie jakieś kokosy. Zatem jedni uciekali do swoich zawodów, inni łapali się na wyjazd zagraniczny; stąd i rotacja w zespole niemała. Przewinęło się przez niego ok. 35 muzyków, w tym: Marek Podkanowicz, Tadeusz Wójcik, Jacek Brzycki, Antoni Krupa, Jerzy Bezucha... Po paru latach opuścił go też pierwszy lider - Jan Boba, wolał akompaniować bardzo popularnemu wówczas Mieczysławowi Święcickiemu. Wtedy też, pod koniec lat 60. pojawił się w zespole kryzys; przypadkowo dobierani muzycy grali np. w Klubie Pod Jaszczurami repertuar rockowo-rhythmandbluesowy – Beatlesów, Blood Sweat and Tears, Hendrixa. Co kto chciał, co kto umiał. W czasie Zaduszek Jazzowych w 1968 roku Andrzej Jaroszewski zapowiedział: „A teraz kwartet prowadzony przez Jana Kudyka, trębacza nieistniejącego zespołu Jazz Band Ball”. - Podziałało to mobilizująco, to wtedy ściągnąłem do zespołu kontrabasistę Tolka Lisieckiego, zachętą do pracy była też oferta z Niemiec zachodnich, która napłynęła w 1969 roku, trzeba było zmontować zespół, przygotować program. Ale tak naprawdę przełamaliśmy kryzys później. W 1972 roku ściągnęliśmy z Old Metropolitan Band Zdzisława Gogulskiego; był dobrym perkusistą, znał języki, radził sobie jako menedżer. Z nim powrócił Boba, który już też grał w „Oldach”. I od tego czasu już było coraz lepiej – wspomina Kudyk. W 1972 roku dołożyli do nazwy, na życzenie Niemców, wyraz Orchestra. Sam napis na plakatach „Jazz Band Ball” oznaczał bowiem jazzowy bal. I znów zaczęli jeździć po Europie, więcej pracować nad repertuarem. To w tamtym czasie Kudyk zaczął śpiewać, „pod Armstronga”. - Wymusił to na mnie Jasiu Byrczek, niegdyś działacz polskiej, a potem Międzynarodowej Federacji Jazzowej. „Taką muzyką ktoś musi śpiewać, musi być wesoło”, przekonywał. Pamiętam, jak po raz pierwszy w krakowskich Krzysztoforach wykonałem po polsku jakiś standard z tekstem Jerzego Michała Czarneckiego. Wcześniej nikt z muzyków nie śpiewał, bo kto by się wygłupiał... I od tamtego czasu śpiewam, choć wiem, że nie jestem doskonały, czasem moje dźwięki nie są idealnie dostrojone. Ale ludziom się podoba, choć muzykom, jak wiem, mniej. W 1977 roku doszedł do JBBO, namówiony przez Gogulskiego, puzonista Marek Michalak. Wprowadził elementy żywiołowości, swoistego show. Rozwinął je zespół jeżdżąc od 1979 roku do Ameryki na największy na świecie festiwal jazzu tradycyjnego "Sacramento Jazz Jubilee". Zachwycili krakowianie na tyle, że zaczęli być zapraszani co roku. W sumie - kilkanaście razy. Otrzymali klucze do miasta, dorobili się swojego fan klubu; 80 jego członków przyleciało do Krakowa na obchody ćwierćwiecza zespołu. Z okazji jubileusz amerykańscy fani załatwili też list gratulacyjny od prezydenta Ronalda Reagana. W 1983 roku dołączył do JBBBO Jacek Mazur, saksofonista. Ściągnął go Boba, a znali się z Czchowa jeszcze, gdzie Boba, Kudyk i Mazur właśnie znaleźli swe żony, notabene siostry! Cztery lata później na miejsce Boby, przyszedł Wojciech Groborz, pianista (acz na studiach ukończył klasę puzonu). Dał się namówić Jackowi Mazurowi, choć wcześniej grał jazz nowoczesny. - Ten ostatni okres z Wojtkiem jest na pewno najlepszy, myśmy się muzycznie rozwinęli – mówi Kudyk. Co dziś gra JBBBO? Niełatwo to określić... Jest Armstrongowska tradycja, jest swing, rodem z big-bandów Goodmana, czy Ellingtona, jest szczypta boogie, bywa i latynowski temperament, i odrobina rhythm and bluesa, i elementy show. Kudyk przyznaje, że estetycznie dokonał zespół zmiany i że głosy w tej sprawie są podzielone – ortodoksi jak Groborz, także Lisiecki, woleliby grać jazz czysty, z kolei Michalak, a i Mazur, opowiadają się za wariantem z pierwiastkami show... Sam lider stara się godzić te postawy. Sam dzieli swoje granie na trzy okresy. – Początkowo grałem pod Beiderbecke`a, potem Boba mnie „zmusił”, bym naśladował Armstronga, aż wreszcie improwizując jestem już Kudykiem. Ale też od kilku dekad jest liderem. Czy koledzy mogliby narzekać na „Starego”, jak nieraz o nim mówią? – Na pewno. Że jest zbyt mało zdecydowany – mówi szczerze Kudyk. – Ja wiem z kolei, że moja stanowczość – tak w sprawach muzycznych, jak i organizacyjnych - mogłaby się źle skończyć. Wszak jesteśmy zespołem indywidualności. Ale wiem też, że czują przede mną respekt, męczą się na przykład, gdy mają mi powiedzieć, że źle zaśpiewałem... Dlatego większość spraw załatwiamy demokratycznie, dyskutując i decydując wspólnie na przykład, jakie nagrania wchodzą na płytę; tak było i ostatnio, gdy nagraliśmy album live. To, że nie mam władczych zapędów, że cechuje mnie ustępliwość i kompromisowość, że preferuję granie zespołowe sprawia, jak sądzę, że od lat nasz skład jest ustabilizowany – ostatni, przed ośmiu laty, doszedł Wiesiek Jamioł pokazując, jak perkusja może podnieść poziom muzyczny zespołu. A koledzy jeśli chcą, działają i poza zespołem, mają swoje grupy, swoje zajęcia, festiwale. Oczywiście spory są; jak parę lat temu o Jean Shy, ciemnoskórą wokalistkę, z którą występowali. Gdy jednak pada propozycja nagrań z zaproponowanym przez nią repertuarem, doszło do sporu. Oponowali głównie Kudyk i Groborz, który nie chciał się podjąć aranży argumentując, że takiej muzyki zespół nigdy nie wykonywał, bo to miks bluesa, soulu, funky... Ostatecznie płyta „The other side of blue” powstała. I zebrała dobre opinie. Powracają też dyskusje o aspekt komercyjny, na przykład o elementy choreograficzne występów, które jednakże bawią publiczność, skracają dystans do niej. - Owszem, należy grać na najwyższym poziomie, ale publiczność, zwłaszcza ta nie jazzowa, niech się i bawi – mówi Kudyk. - I bywa, że uda się sprawić, że ludzie świetnie reagują i jest tak kołysząco, swingująco. I dodaje, że najbardziej cieszy go, jak po koncercie przyjdzie ktoś mówiąc, że był pierwszy raz na koncercie jazzowym i jest zachwycony, bo nie myślał, że jazz może być tak pogodny, melodyjny, dostarczać tyle radości. Choć tak naprawdę to Kudykowi największą frajdę sprawiają tańce z 7-letnią wnuczką, Anią... Ukłonem wobec wymagań odbiorcy czy organizatorów są też zapraszane do współpracy amerykańskie wokalistki: Sylvia Droste, Jean Shy, czy ostatnio Harriet Lewis. To nierzadko jest atut przy zaproszeniu zespołu, także zagranicę. Choć oczywiście obecnie już nie ma ani tylu wyjazdów, ani wielotygodniowych tras. Liczy się za to atrakcyjność zaproszenia, jak np. trzy lata temu do Izraela. To już nie czas długich wojaży, ani prestiżowych festiwali, jak niegdyś Nord See Jazz Festiwal w Hadze, gdzie byli też zaproszeni m.in. Ella Fitzgerald, Count Basie, Oscar Peterson), czy Guinness Jazz Festival w Cork w Irlandii. Pozostały wspomnienia – jak to z 1969 roku Tolka Lisieckiego, który w Niemczech kupił sobie odtwarzacz kasetowy; nie miał pojęcia, że takie istnieją... Albo z siedmiu tygodni spędzonych jesienią 1983 roku w Związku Radzieckim; kiedy równie atrakcyjne co muzyka były ich zachodnie ciuchy. - Kupić chciano niemal wszystko, komuś z nas coś ukradziono, mnie zrobiono przewałkę, w efekcie dostałem za dżinsy głównie pocięty papier, ale i tak zarabiało się kokosy, za które kupowało się złoto, co najmniej po dwa kolorowe telewizory – wspomina Kudyk. W latach 80. znów dużo grali na Zachodzie - Niemcy, Holandia, Szwajcaria. I jeszcze w 1988 roku dwukrotnie byli w USA. Jak opisać te 45 lat? Tyle się zdarzyło... To i występ w Krakowie z wielkim trębaczem Wyntonem Marsalisem, i Złota Płyta od „Polskich Nagrań” za czarny longplay „Home”, i „za całokształt działalności” tzw. Jazzowy Oscar, nagroda przyznawana przez Stowarzyszenie Jazzowe "Melomani". I blisko 40 płyt, także wydanych w Niemczech i Holandii. Jan Kudyk ma jeszcze i wspomnienie udziału w piosence Leszka Długosza; nagrał partię hejnału mariackiego o kwartę wyżej, do końca skali trąbki. - Ale się namęczyłem. A na trąbce, w jaką dmie od 35 lat, ciężko się gra, z uwagi na grubą blachę. Ale już się przyzwyczaił, a poza tym ta francuska trąbka, marki Selmer, ma bardzo ładny ton. Armstrong także grał na takiej. - Miałem wypadek, jeszcze maluchem, wzięli mnie do szpitala, a ja cały czas z trąbka u boku, dopiero spotkał mnie ktoś znajomy: „Jasiu daj tę trąbkę, odstawię ci do „Jaszczurów”... Używa także trzy tłumiki, w tym jednego gumowego, ze... szczotki do przetykania klozetów. - Marek Michalak mi ją pokrył złotkiem, by jakoś wyglądała. A trąbka to piekielnie ciężki instrument. - Więcej jak dwa dni nie można zrobić sobie przerwy w graniu. Trzeba cały czas ćwiczyć, jestem leniwy, ale co najmniej dwa razy dziennie po pół godziny gram, by utrzymać siłę mięśni warg - bez tego dwugodzinnego koncertu się nie wytrzyma. Mimo że to już 50 lat grania. Stąd odciśnięty na górnej wardze ślad po ustniku, a na dolnej widoczne przebielenie. - Od 20 lat lekarze namawiają mnie, bym to zbadał. A ja wiem, że to znamię zawodowego trębacza, kiedyś podpatrzyłem Dizzy Gillespiego w Niemczech – miał podobne. To od nacisku ustnika – wyjaśnia muzyk. Żeby tak jeszcze mniej dokuczał mu kręgosłup; to od trzymania godzinami rąk w górze kręgi piersiowe ulegają zwyrodnieniu – tłumaczy. I choć jest bioenergoterapeutą, sobie pomóc nie może. Czy krakowski Jazz Band Ball Orchestra, najstarsza grupa jazzowa w Polsce, zespół, który od 1998 jest na I miejscu w ankiecie „Jazz Forum” w kategorii zespołów tradycyjnych, doczeka swego 50-lecia? - Chciałbym. Armstrong żył 70 lat, to prawie miałbym tyle samo. - Davidson miał 88 lat i jeszcze dął w trąbkę – dorzuca – dorzuca Tolek Lisiecki. Zatem czekając na półwiecze JBBO słuchajmy już teraz, właśnie zapowiadają płytę „JBBO 45 lat później”.





